poniedziałek, 19 czerwca 2017

Inwazja

"Iwanzja"

Czym byliśmy kiedy przyszli po nas. Nie byliśmy tym czym myśleliśmy, że jesteśmy. Byliśmy czymś innym. I oni byli czymś innym. Czymś innym niż myśleliśmy, że są. I my nie wiedzieliśmy jak odnieść się do nich. Byli czymś zupełnie innym niż się spodziewaliśmy. Byli grozą. Czystą, chaotyczną grozą. Teraz wyobraź sobie, że pijesz rano kawę. Obudziłeś się w swoim żałosnym mieszkanku, prawdopodobnie sam bądź z partnerem do którego czujesz jedynie urazę. I pijesz sobie kawkę myśląc o dniu pracy najbliższym i jak bardzo jesteś zły czy zła, że musisz się obudzić. Musisz. Nie ma "jeszcze pięć minut". I pijesz tą kawę i chce ci się rzygać. Chce ci się wymiotować z obrzydzenia do swojego życia. I nagle w tej przecież zwyczajnej chwili odczuwasz absolutną grozę.

Tym byli.

Czym byliśmy my?

Pierwszy raz trwał dwie minuty. Niewiele pamiętam. W jednej chwili piłem w łóżku kawę opóźniając moment faktycznego przebudzenia. Ziewnąłem i w pewnym momencie moim ciałem wstrząsnął spazm a ja poczułem się jakbym właśnie znienacka stawił czoła jakiejś grozie ostatecznej. Nieuchronność. Totalizm. Grozy. Było to uczucie nie do przezwyciężania. W pewnym sytuacjach człowiek wychodzi cało nawet stawiając czoła pewnym ekstremum. I trwa dalej. My też trwaliśmy. Z początku.

Po dwóch minutach pozbierałem się jakoś i mocno zaniepokojony poszedłem do pracy. Nie powiedziałem nikomu.

Drugi atak trwał dwa dni.

Miliony oszalały.

Wszystko się skończyło.

W jednej chwili po prostu zamarliśmy. Przez dwa dni nikt nie wyszedł do pracy. Nikt nie przesiadywał w internecie. Zamilkły wszystkie rozmowy. Wszystko co trzymaliśmy wypadło nam z rąk. Przejęła nas wielka groza. Stanęliśmy nadzy przed absolutem strachu. Totalność tego zjawiska przygniotła nas w miejscu. Nawet nie płynęły nam łzy.

Potem i tak nie rozmawialiśmy o tym.

Weź świat i podkręć go o dwa dni absolutnej, całkowitej, wszechogarniającej grozy. Ten kto był na krawędzi szaleństwa rzucał się w obłęd. Zbiorowe szaleństwo ogarnęło wszystkich. Mniej lub bardziej. Nie każdy podciął sobie żyły w rozpaczy i strachu. Nie każdy oddał się religii z żarliwością iście Chrystusową. Nie każdy mordował. Większość. Zdecydowana większość.

Dwa dni nieprzerwanej Grozy wystarczyły.

Pierwszym co faktycznie zakłóciło lęk był głód. Gdzieś obok paraliżującego strachu. Bezwładności wobec absolutu. Gdzieś pojawiło się inne uczucie. Fizyczny głód. I pragnienie. Nie piłeś od bardzo dawna. Ciało odczuwa głód. Musisz jeść. Są jeszcze inne imperatywy niż strach.

Jest to okres najbardziej zwierzęcy. Pragnienie przeżycia zredukowane do potrzeby zdobycia pokarmu. Nieważne jak. Jest tylko groza. I pragnienie. I głód.

Przysięgam, że nie zabiłem wtedy nikogo.

Nie dlatego, że nie chciałem. Po prostu nie mogłem. Strach trzymał mnie w miejscu. Wiedziałem, że dzieje się coś bardzo złego. Nikt nie przyszedł. Telefony nie odbierały. Słyszałem płacz. Krzyki. Eksplozje. I nie mogłem się ruszyć. Ze strachu.

Nie zabiłem wtedy nikogo. Nikt nie zabił też mnie. Tak wyszło. Schowałem się. Zamknąłem drzwi. Zasłoniłem okna. Schowałem się w kawalerce na 5 piętrze bloku mieszkalnego. I bardzo się bałem.

Gdy atak się skończył nie przestaliśmy się bać. Zagrożenie stało się jednak realne. Twój sąsiad, mąż, żona, dzieci. Każdy był potencjalnym wrogiem. Naturalnie walczyliśmy z tą myślą. Staraliśmy się tworzyć prymitywne wspólnoty w świecie rozbitym z wszelkich społecznych norm. W świecie bez państw, policji i praw. W świecie gdzie każdy mógł bezkarnie zabić każdego. W świecie nieustannego lęku. Staraliśmy się. Małżeństwa. Rodziny. Sąsiedzi. Dzielnice. Wszystko by przetrwać orgię chaotycznej przemocy jednostek.

Religia. Samobójstwa. Skrajne formy depresji.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz