Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowieści z miasta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowieści z miasta. Pokaż wszystkie posty

sobota, 18 września 2010

Opowiści z Miasta Na Północnym Wybrzeżu (3)

Bunkier (2)

Nie miałem pojęcia, co tak przyciąga Ojca w to miejsce, stał na skraju przepaści niczym wszechpotężny dyrygent, władca spienionych mórz. Mnie i siostrę stanie w miejscu szybko nudziło, jakkolwiek widok istotnie był niesamowity, potrzebowaliśmy ruchu. Chcieliśmy jeszcze pobiegać wśród zalewanych wodą, błotnistych korytarzy dawnych fortyfikacji. Ojciec wprawdzie chciał mieć nas na oku, ale pozwalał nam odejść, a potem jakby zupełnie zapominał o naszym istnieniu. Biegaliśmy więc dalej, skakaliśmy, padaliśmy w błoto śmiejąc się tym jedynym prawdziwym śmiechem, który znają tylko dzieci. Zabawne, jak śmieszna może być wojna. Z czasem deszcz ustawał i słyszeliśmy pokrzykiwania Ojca, który najwyraźniej uznawał, że morze jest już zbyt spokojne by zaspokoić jego dziwaczne upodobania. Nie oznaczało to jednak końca wycieczki. Końcem wycieczki był zawsze Bunkier...

Przyznaję, że na wybrzeżu było wiele niesamowitych, starych, przeżartych rdzą i pokrytych pleśnią instalacji, ale to właśnie Bunkier przyciągał nas wszystkich, nawet Ojca. Przyczyną tego był prostu fakt: nikt, nigdy (nigdy?) nie spenetrował wnętrza Bunkru. Jego ciemność kryła w sobie Nieznane. Owszem, często podchodziliśmy pod wejście z latarkami i staraliśmy się dojrzeć jak najgłębiej w mrocznych korytarz, ale nigdy nie dostrzegliśmy żadnej przeciwnej ściany. Najwyraźniej Bunkier schodził w dół, głęboko w ziemię, zbyt głęboko, by nasze latarki mogły odkryć coś więcej oprócz nieudolnych graffiti na ścianach. Graffiti też zresztą urywały się w jednym miejscu i dalej ściany pozostawały puste. Za każdym razem, kiedy wracaliśmy z wycieczki przystawaliśmy przed Bunkrem i spekulowaliśmy na temat co też może on kryć w swej głębi. Na pewno nic przyjemnego, gdyż zapach jaki dochodził z czarnej dziury był okropny. Być może były tam zapomniane szkielety żołnierzy z czasów Wielkiej Wojny, być może jakieś tajne dokumenty, być może, być może, być może. To "być może" było jednym z przekleństw mojego dzieciństwa. Ja nie chciałem "być może", ja chciałem wiedzieć. Przez to wszystko pod koniec wycieczki robiłem się drażliwy, a moje wypowiedzi zamieniały się w ciche burknięcia, do których zawsze dodawałem jakąś uwagę na temat Bunkru. Siostra moja i Ojciec również byli go ciekawi, ale daleko było ich ciekawości (siostrę przerażał przede wszystkim smród, a ojciec chyba był po prostu "zbyt dorosły" by wałęsać się po rozlatujących się, cuchnących bunkrach) do mojej.

Moja powoli zamieniała się w obsesję.

środa, 11 sierpnia 2010

Opowiści z Miasta Na Północnym Wybrzeżu (2)

2. Bunkier

Zdarzało się czasem, że ojciec mój usłyszawszy w radiu informację o nadciągającej burzy zabierał mnie i moją młodszą siostrę na znajdujący się na wschodnim kresie Miasta cypel. Były to dziwne, pełne zarazem radości i trwogi, wycieczki. Droga na cypel wiodła bowiem przez las pełen niesamowitych miejsc. Znajdowały się tam przede wszystkim stare instalacje militarne jeszcze sprzed Wielkiej Wojny. Ogromne, niszczejące latami działa kierujące swoje puste lufy w morze, liczne mniejsze lub większe bunkry, stanowiska karabinów maszynowych. Cały las pokryty był też siatką okopów. Kiedy docieraliśmy na skraj lasu deszcz zazwyczaj już padał. Wyskakiwaliśmy z samochodu śmiejąc się i wznosząc ręce ku czarnemu niebu. Podróż na cypel zajmowała nam zazwyczaj dobrze ponad godzinę, choć gdyby ojciec od czasu do czasu nas nie popędzał nie docieralibyśmy tam chyba wcale. Radość lejącej się wody, powiększających się niemal z sekundy na sekundę kałuż, potoczków przemieniających w rwące potoki. Było w tym coś absolutnie niezwykłego. Wśród walących piorunów biegaliśmy wtedy z siostrą skacząc z okopu do okopu i strzelając do siebie niewidzialnymi pociskami wypuszczanymi z kijków możliwie najbardziej przypominających karabiny. Co chwila wykrzykiwaliśmy też jakieś zasłyszane na patriotycznych wiecach hasła wzywające "naszych" do walki a "wroga" do poddania się. Ponieważ jednak żadno z nas nie chciało grać roli Najeźdźców strony konfliktu zawsze pozostawały niejasne. Od czasu do czasu jedno z nas padało teatralnie trafione okrutną kulą i zamierało z twarzą wzniesioną ku niebu. Szalejący deszcz obmywał twarz z błota i miało się nawet poczucie, że jeśli poleży się tak odpowiednio długo, to ciało spokojnie, delikatnie wsiąknie w ziemię i zjednoczy się z glebą. Nie rozłoży jak zwłoki tylko właśnie wsiąknie. W tych wspaniałych chwilach kiedy jedyne co się słyszy to bicie własnego serca, oddech i krople deszczu bębniące w koronach drzew czułem się tak szczęśliwy, że wszystko zaczynało mi obojętnieć. Tylko dzieci i zaawansowani mnisi zdolni są do tak głębokiej medytacji. Żadna myśl nie zakłócała tych doskonałych chwil, tylko deszcz, tylko bijące serce i ziemia. Wiem, że moja siostra czuła podobnie dlatego w takich chwilach zawieraliśmy sojusz i wojna na chwilę zamierała. Tak jakby obie skupione na walce armie nagle w jednej chwili odkrywały jak wspaniały jest świat wokół nich i jak niezwykły jest fakt istnienia. Karabiny wypadają z rąk, działa zamierają, oto wojna rozpływa się w deszczu, skończone. Te momenty powojennej błogości rozpraszał zazwyczaj ojciec, który koniecznie chciał dotrzeć na cypel przed końcem burzy. Choć nie rozumiałem do czego jest mu to potrzebne i choć byłem zawsze trochę zły, że muszę wstawać ruszałem z nim bez gadania. Droga wiodła dalej wśród resztek okopów i zniszczonych bunkrów. W końcu las przerzedzał się i stawaliśmy w trójkę na skraju wielometrowej przepaści patrząc na szalejące morze wsłuchani w walenie fal i bicie piorunów.

Opowiści z Miasta Na Północnym Wybrzeżu

1. 12 (roboczy tytuł)

Położone na północnym wybrzeżu miasto było moim domem przez pierwsze 25 lat mojego życia. Urodziłem się w tamtejszym szpitalu jeszcze za czasów Dyktatury. Matka moja rzadko wspominała ten rok, ciąża podobno była bardzo ciężka i z powodu fatalnego stanu opieki medycznej omal nie przypłaciła jej życiem. Blok na którego trzecim i ostatnim piętrze mieszkaliśmy był ponurym klocem z czerwonej cegły któremu mieszkańcy na próżno starali się nadać milszy nastrój stawiając w oknach kolorowe kwiaty. Kwiaty zawsze w końcu szarzały i umierały mimo najpilniejszych starań mieszkańców. Z okna mojego pokoju rozciągał się widok na skwer na którym za dnia bawiły się dzieci a nocami przesiadywali dorośli pijąc piwo i klnąc od czasu do czasu. Dalej widok blokował rząd wielopiętrowych betonowych bloków typowych dla budownictwa okresu Dyktatury.

------------

Zasadniczo ma być to seria opowiadań w których zamierzam wykoślawiać różne wydarzenia z mojego życia i tworzyć z nich skromne horrory egzystencjalne tyle że będzie to powstawać bardzo powoli ale mam nadzieje że konsekwentnie