Pokazywanie postów oznaczonych etykietą proza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą proza. Pokaż wszystkie posty

sobota, 5 listopada 2011

*

Wciąż tu jesteśmy. Zawsze będziemy właśnie tu, stłoczeni w kącie, gdzie mały ogień tli się rozpraszając ten żałosny, malutki skrawek nieskończoności. Nasze szeroko otwarte oczy zawsze z niemą grozą wpatrzone będą w skaczący płomień, który gaśnie powoli, bardzo powoli i nieuchronnie. Nikt nie odejdzie. Nikt nie wyruszy w noc skuszony snami, lub opowieścią. Nikt tego nie zrobi, a przecież nie ma nad nami strażników. Żadna siła nie spogląda z góry z bezwzględnym rozkazem w ręku i karabinem gotowym do strzału. Nie ma zasieków, drutów kolczastych, nic nie strzeże tego miejsca pełnego nieustannego rozkładu, spływającego moczem i krwią, cuchnącego nieuleczalnymi chorobami. Tego zawszonego kąta w starym baraku gdzie tłoczymy się wspólnie nad gasnącym płomieniem.

Zawsze tu już będziemy. To jest nasze miejsce.


środa, 6 kwietnia 2011

*

To absurdalne. Naprawdę absurdalne. Pośród całego tego zamieszania, całej grozy, bezsilności, śmierci i rozpaczy. Pośród wszystkich tych wściekłych przekleństw, pijackich ucieczek i trywialnych tragedii mam ciągle wrażenie, że pewnego dnia zwyczajnie spotkamy się idąc ulicą. Gdzieś nagle w środku tego surrealistycznego tornada nastąpi niezwykły moment, kiedy nasze ścieżki odnajdą się i oboje bez chwili wahania rozpoznamy, że uczucie, które pojawia się w nas to miłość. Chociaż nie widzieliśmy się już tyle lat i tak wiele musiało się wydarzyć w twoim życiu, tak bardzo musiałaś się zmienić, ja mam wciąż mam wrażenie, że niezawodnie rozpoznam cię i ty też z całą pewnością poznasz mnie. Wiem jak to brzmi ale ja naprawdę podświadomie czekam na ten moment i raz na jakiś czas (co miesiąc, dwa, pół roku) nagle zatrzymuję się i rozglądam uważnie dookoła wypatrując ciebie. Oczywiście nie spotykamy się, bo ja mam swoje życie, ty masz swoje i na pewno jesteś już zupełnie kimś innym niż wtedy, gdy znaliśmy się, wiele lat temu. Może nawet nie żyjesz, może umarłaś już dawno i moje oczekiwanie nie ma w ogóle żadnego sensu. Zresztą nawet jeśli nadal trwasz w tej śmiertelnej powłoce to przecież kim jesteś teraz? Kim ja jestem dla ciebie? Nawet więc jeśli pewnego dnia rzeczywiście zobaczymy się na ulicy raczej nie padniemy sobie w ramiona, ot, powiesz mi "cześć" i odejdziesz. Może więc lepiej byśmy się jednak nie spotykali, może lepiej byśmy nie widzieli się już nigdy, bym mógł dalej spokojnie czekać na ciebie z dziwaczną, głęboką pewnością, że kiedyś nasze odrębne światy uderzą o siebie i natychmiast eksplodują wszechogarniającą miłością. Bo ja mam taką pewność i będę czekał, dokładnie właśnie na ciebie chociaż nigdy nie byliśmy blisko i chociaż nie widzieliśmy się już tyle lat i właściwie jesteś w mojej pamięci tylko strzępami kilkudziesięciu obrazów, i chociaż ja w twojej pamięci zapewne jestem tym samym.

poniedziałek, 14 marca 2011

*

Niektóre istoty znają tylko ból i strach. Od momentu wyłonienia się z nicości do chwili ponownego w niej zanurzenia nie doświadczają niczego innego oprócz bólu i strachu. Każda z tych istot to osobny wszechświat, w którym nie ma nic oprócz bólu i strachu. Nie tylko nie ma tam żadnej nadziei, nie ma nawet pojęcia "nadziei". Nie ma żadnych pojęć. Tylko fizyczność. Tylko ból i strach. Czyste, nagie przerażenie ciała, w które wbijany jest nóż. Żadnych koncepcji, żadnej metafizyki, żadnej radości, żadnego szczęścia, żadnych marzeń, żadnego zrozumienia. Wszystko jest dla nich całkowicie obce, nie mają nic, każde zdarzenie przynosi tylko ból i strach. Nie ma żadnej możliwości ucieczki, żadnej ulgi oprócz śmierci. Przy czym nie ma tam żadnej wiedzy na temat życia i śmierci, więc żadna z tych istot nie oczekuje śmierci jako wybawienia. Nie wiedzą, że ich cierpienie kiedyś się skończy, dla nich równie dobrze może to wszystko trwać wiecznie. Dla tych istot jest tylko tu i teraz a to tu i teraz jest nieustannie wypełnione jedynie bólem i strachem. Małe, ciasne, brudne wszechświaty. Ich egzystencja to surowe piekło, piekło całkowicie ogołocone z sensu, celowości, uzasadnienia, nadziei. Wszystko oprócz bólu i strachu zostało wymazane. Te istoty nie znają niczego innego. W ich wszechświatach nie ma nic. Nic. Nic. Nic. Nic. Tylko ból. Tylko strach.

sobota, 12 lutego 2011

To wszystko

Kobieta z na wpół martwym dzieckiem w brzuchu zstępuje do świeżo wykopanego grobu i kładzie się na wznak. Z góry spoglądają na nią rozradowane twarze rodziny i bliskich, którzy zebrali się by obserwować cud narodzin. Po kilku bolesnych skurczach dziecko wypełza z wnętrza leżącej w grobie istoty. Jego wrzask tonie w kakofonii śpiewu, pijackiego śmiechu i głośno składanych bezsensownych gratulacji. Matka zdąży jeszcze unieść dziecko w górę by mogło przez kilka sekund bezrozumnym przerażonym spojrzeniem objąć niebo. Potem uderza je pierwsza łopata ciężkiej, brudnej ziemi i dziecko stacza się w grób. Jeszcze kilka łopat i po chwili słychać już jedynie chóralny śpiew. Wszyscy śpiewają, śpiewają, coraz głośniej i głośniej aż w końcu ich gardła ścierają się na wiór.

sobota, 25 września 2010

* (bez tytułu)

Rozkładamy się bardzo wolno, ale nie tak wolno by tego nie zauważyć, by tego nie czuć każdą komórką naszych ciał. W jakież monstra się przemieniamy? Pierwsze idą zęby, potem mózgi, wreszcie organy płciowe i twarze. Co ciągnie nas w tą drapieżną zgniliznę? Czyim wyrokiem pełzniemy pod ścianę połykając cuchnące, rakotwórcze błoto kolejnych lat? Czujecie jak rośnie w was ten rak, o którym wiecie, że tam jest, ale staracie się nie myśleć? Czujecie jak rośnie? Od żołądka w górę, w górę. Wreszcie zatyka usta, przesłania oczy, unieruchamia. Z dnia na dzień coraz bardziej żałośni, odrobinę mniej żywi, odrobinę bardziej martwi.

sobota, 18 września 2010

Opowiści z Miasta Na Północnym Wybrzeżu (3)

Bunkier (2)

Nie miałem pojęcia, co tak przyciąga Ojca w to miejsce, stał na skraju przepaści niczym wszechpotężny dyrygent, władca spienionych mórz. Mnie i siostrę stanie w miejscu szybko nudziło, jakkolwiek widok istotnie był niesamowity, potrzebowaliśmy ruchu. Chcieliśmy jeszcze pobiegać wśród zalewanych wodą, błotnistych korytarzy dawnych fortyfikacji. Ojciec wprawdzie chciał mieć nas na oku, ale pozwalał nam odejść, a potem jakby zupełnie zapominał o naszym istnieniu. Biegaliśmy więc dalej, skakaliśmy, padaliśmy w błoto śmiejąc się tym jedynym prawdziwym śmiechem, który znają tylko dzieci. Zabawne, jak śmieszna może być wojna. Z czasem deszcz ustawał i słyszeliśmy pokrzykiwania Ojca, który najwyraźniej uznawał, że morze jest już zbyt spokojne by zaspokoić jego dziwaczne upodobania. Nie oznaczało to jednak końca wycieczki. Końcem wycieczki był zawsze Bunkier...

Przyznaję, że na wybrzeżu było wiele niesamowitych, starych, przeżartych rdzą i pokrytych pleśnią instalacji, ale to właśnie Bunkier przyciągał nas wszystkich, nawet Ojca. Przyczyną tego był prostu fakt: nikt, nigdy (nigdy?) nie spenetrował wnętrza Bunkru. Jego ciemność kryła w sobie Nieznane. Owszem, często podchodziliśmy pod wejście z latarkami i staraliśmy się dojrzeć jak najgłębiej w mrocznych korytarz, ale nigdy nie dostrzegliśmy żadnej przeciwnej ściany. Najwyraźniej Bunkier schodził w dół, głęboko w ziemię, zbyt głęboko, by nasze latarki mogły odkryć coś więcej oprócz nieudolnych graffiti na ścianach. Graffiti też zresztą urywały się w jednym miejscu i dalej ściany pozostawały puste. Za każdym razem, kiedy wracaliśmy z wycieczki przystawaliśmy przed Bunkrem i spekulowaliśmy na temat co też może on kryć w swej głębi. Na pewno nic przyjemnego, gdyż zapach jaki dochodził z czarnej dziury był okropny. Być może były tam zapomniane szkielety żołnierzy z czasów Wielkiej Wojny, być może jakieś tajne dokumenty, być może, być może, być może. To "być może" było jednym z przekleństw mojego dzieciństwa. Ja nie chciałem "być może", ja chciałem wiedzieć. Przez to wszystko pod koniec wycieczki robiłem się drażliwy, a moje wypowiedzi zamieniały się w ciche burknięcia, do których zawsze dodawałem jakąś uwagę na temat Bunkru. Siostra moja i Ojciec również byli go ciekawi, ale daleko było ich ciekawości (siostrę przerażał przede wszystkim smród, a ojciec chyba był po prostu "zbyt dorosły" by wałęsać się po rozlatujących się, cuchnących bunkrach) do mojej.

Moja powoli zamieniała się w obsesję.

czwartek, 16 września 2010

Telefon (fragment)

Pozwolisz, że coś ci opowiem. Pewnego wieczoru zdarzyło mi się zasnąć w trakcie oglądania surowych materiałów filmowych z nazistowskich obozów zagłady. W jednej niemalże chwili przeniosłem się z roli widza do roli aktywnego uczestnika wydarzeń. Leżałem w masowym grobie. Nade mną, pode mną, na boki, wszędzie tkwiły nagie, brudne ciała martwych i umierających. Gdzieś z daleka, ponad tym dusznym dołem jęków, krwi i potu dobiegały do mnie krótkie warknięcia zarządzającego masową egzekucją i przytłumione ciałami strzały. Bach, bach, czułem jak kolejne ciała spadają na mnie, na nas. Nie ma gdzie się ruszyć, nie ma czym oddychać. Przez chwilę myślę, że mi się poszczęściło, najwyraźniej mój oprawca spartaczył robotę i oto jestem żyw a powinienem być martwy. I przez chwilę naprawdę mało brakowało a bym się ucieszył. Tylko, że zanim zdążyłem się ucieszyć przyszło okrutne zrozumienie, że przecież z tego dołu już się nie wygrzebię (bach! kolejne ciała spadają, ciężar... ciężar...) a nawet gdybym jakimś cudem zwalił z siebie tą okropną masę martwego mięsa i wypełzł na powierzchnię zostanę szybko dobity. Nie ma gdzie uciekać, nie ma żadnego ratunku. Wraz z grozą tej oczywistej prawdy (żadnego schronienia, nic, nic, tylko ciała, krew, wnętrzności, odchody) przyszedł piekący ból głowy. Musiałem jakimś cudem (cudem?) przeżyć z kulą w czaszce. Bóg (Bóg?) jeden wie jak długo będę tu konał, przywalony stertami ciał, z wzrokiem wbitym w trupią twarz chłopaka, który spadł tu przede mną, w jego rozwarte przerażeniem oczy i wyrzucony z rozszarpanej pociskiem szczęki język. Na zewnątrz ciągle coś się działo, gdzieś tam latały ptaki, gdzieś jakiś filozof zastanawiał się nad sensem życia, gdzieś ktoś malował spokojnie obraz, pisał wiersze o tym jaki świat jest piękny mimo wszystko. A tu był tylko ból, tylko pot, cuchnące wydzieliny setek ciał i głuche uderzenia, coraz bardziej oddalone, coraz bardziej nie z tego świata. I wtedy już było dla mnie jasne, że trafiłem do piekła, czy też raczej piekło otworzyło się dla mnie i ukazało mi swoją prawdziwą wszechobecną naturę. Ta myśl uspokoiła mnie. Zamknąłem oczy. Oddychałem głęboko. Byłem w ciepłej, przytulnej macicy i niedługo miałem narodzić się ponownie. W kokonie utkanym z ciał, z mózgiem przewierconym przez kulę zasypiałem bezpiecznie, spokojnie, czekając by ktoś przyszedł i ze swobodnym uśmiechem wziął mnie za rękę i zaprowadził do nowego domu, który był tym samym domem, tym samym w którym jesteś ty, w którym są malarz i filozof i jedynie strach, wielki strach nie pozwala im dojrzeć murów zabrudzonych plamami krwi, zasieków, pól minowych, masowych grobów. Ja widziałem. I było już po wszystkim, a kiedy jest po wszystkim nie musisz już się bać. Wszystko już się stało.

piątek, 10 września 2010

* (bez tytułu)

I tak w końcu nie było już nic więcej do powiedzenia. Powiedzieliśmy wszystko. Nie było już nic więcej do zrobienia. Zrobiliśmy wszystko. Nie było nic więcej do przemyślenia. Przemyśleliśmy wszystko. I nic się nie stało. Bo cóż miałoby się stać? Tutaj, w tej okrutnej tragedii czystego nieba, w tym sennym koszmarze bijącego serca, brutalnym dramacie ciepłych promieni słonecznych. Tu jest wszystko co było, co jest i co będzie. W cóż można jeszcze wierzyć? Wierzyliśmy już we wszystko. Szukaliśmy wszędzie i wszędzie był tylko kurcz i stare, brudne łzy tych którzy szukali przed nami. Bo wszystko jest zawsze tutaj. Tutaj są wszystkie chwile, wszystkie miejsca, wszystkie słowa, wszystkie myśli, uczucia. W tym wszystkim pewnego dnia, dnia takiego samego jak każdy inny dzień, rozpłyniemy się jak rozpłynęły się miliardy przed nami i wtedy też nic się nie stanie. Nigdy, nic. Śmierć odbierze nam wszystko, a my nie stracimy nic.

wtorek, 24 sierpnia 2010

W drodze na rozstrzelanie

27 lat prowadzą mnie już na rozstrzelanie. 27 lat to niedużo. Niektórzy dociągnęli nawet do ponad 80 lat. 80 lat drogi znikąd donikąd. Widzę jak zmęczeni padają i dalej są już tylko w stanie pełznąć ciągnięci naprzód przez absurdalny, pierwotny instynkt. Okropnie powykrzywiane twarze i opuchnięte nosy wtykają w błoto. Brudni, śmierdzący, z umysłami toczonymi gangreną, którą zarażają siebie nawzajem. Za nimi zawsze spokojni, pogodni strażnicy z bronią zawsze nabitą i gotową do strzału. Nie mają nikomu nic za złe. Cierpliwie czekają na ten moment gdy będą mogli pociągnąć za spust i zniknąć razem z tym dziwnym bytem do którego byli przykuci. Nikt im nie ucieknie bo nie ma żadnej drogi ucieczki. Jest tylko jedna droga, przed siebie, w błoto, w bród i obłęd. Obłęd to jedyna forma litości na tym świecie. Łaskawie spływa na umysły tych rozpadających się szczątek dawno już zmarłych dzieci przynosząc im gęstą, czarną chmurę otępienia. W tej chmurze chowają się i to jest dobre, to jest jedyny substytut domu jaki można mieć na tym etapie egzystencji. Jedyna iluzja bezpieczeństwa pośród ciągłego zagrożenia w tym lesie nieustannie wstrząsanym wrzaskami i strzałami z przodu, z tyłu i po bokach. Paf, paf, paf, co się stało? Nic się nie stało, idź. Noc zapada i jestem przekonany, że istoty idące z przodu są już zupełnie ślepe. Ich strażnicy widzą jednak doskonale i gdy przyjdzie czas trafią niezawodnie. Ze wszystkiego co doświadczamy tylko to jedno doświadczenie, doświadczenie kuli prującej powietrze i rozsadzającej czaszkę jest prawdziwe. Cała reszta to utkane ze słów kaftany bezpieczeństwa, które zmywa z nas pierwszy lepszy krzyk przerażenia gdzieś obok. Z prochu w proch. Pierwsza lepsza konfrontacja z prawdą rozpruwa kaftan i uwalnia cały strach, który usiłowaliśmy schować. Miotamy dzikim wzrokiem wokół. Co się stało? Nic się nie stało, idź. I tak od nowa zaczynamy tkać ten marny ubiór bo przecież nie można być przerażonym cały czas, prawda? Za każdym razem idzie nam jednak coraz gorzej, gubimy ściegi, materiał jest coraz gorszej jakości aż wreszcie dopełzniemy do jakiegoś miejsca, które nie będzie się niczym różniło od innych miejsc, i tam odziani będziemy już tylko w marne resztki brudnych szmat, którymi w pocie czoła, trzęsącymi się dłońmi będziemy starali się otulić a one będą bezlitośnie rozpadać się i rozpadać i rozpadać. I zostaniemy z niczym, nadzy w zimnym kokonie paniki wypatrując nadziei już tylko w chmurze obłędu. Co tu się dzieje? Co to ma być? Kto jest za to odpowiedzialny? Kto goni nas? Kto ciągnie do przodu? Nic, nic, idź. Idź. IDŹ!

sobota, 14 sierpnia 2010

Maszyna Kontekstualizująca

Maszyna Kontekstualizująca

Wynalazłem potężne urządzenie. Jest to kawałek czerwonej nici, który noszę na lewej ręce. Ilekroć w moim życiu dzieje się coś, cokolwiek, co sprawia, że zaczynam traktować daną sytuację poważnie maszyna uaktywnia się. Impulsy pędzą błyskawicznie wzdłuż lewej ręki do mózgu. I nagle widzę siebie. Stoję na gigantycznej górze ciał. Wokół ocean krwi. Bezkresny. Na nim wyspy a w nich miliardy fabryk, w których nic tylko ból i strach. Bez przerwy. Cały czas. Ciężarówki zwożą kolejne ciała. Niektóre ruszają się jeszcze. Z dołu sączy się odór tysiącleci. Wszystko bez dna. Bez końca. Za mną człowiek z bronią, którą trzyma przy mojej głowie. Powoli naciska spust. Wkrótce będę tylko kolejnym bezimiennym ciałem gdzieś w głębi piramidy.

Co w takiej sytuacji może jeszcze być ważne?

Nic się nie stało, naprawdę. Nic.

czwartek, 12 sierpnia 2010

Prawdziwa Autobiografia

Podobno wyłoniłem się pewnego ranka z głębi kobiecego łona.
Podobno w ten sposób znalazłem się w tym dziwnym miejscu. Nie pamiętam jednak tych wydarzeń i cokolwiek wtedy czułem, cokolwiek myślałem gdy rozwierały się narządy płciowe kobiety i gdy sięgały po mnie ręce jakiejś dziwnej istoty, której bytu nie pojmowałem ponieważ był mi całkowicie obcy, jest dla mnie zagadką. Nie wiem. Co można czuć w tak dziwnej, jedynej w swoim rodzaju, chwili? Mogę się tylko domyślać, że pierwszymi, pierwotnymi uczuciami były zimno, strach i głód...

----------

W tym miejscu jest już jasne, że napisanie "prawdziwej autobiografii" jest niemożliwe. Nie z uwagi na chęć przemilczania pewnych kwestii, tylko z uwagi na to, że jest po prostu NIEMOŻLIWE. Wszystko, każdy termin, musiałby rozpoczynać się od "tak zwany". ("tak zwany wszechswiat, tak zwany człowiek, tak zwana kobieta, tak zwane spoleczenstwo itd) i jednoczesnie możliwie najdokładniej wyjaśniany za pomocą kolejny terminów wymagających możliwie najdokładniejszego wyjaśnienia. W efekcie powstaje coś co zwyczajnie nigdy nie zostanie doprowadzone do końca. Co więcej, mnóstwo "wyjaśnień" będzie czysto spekulatywne i w efekcie autobiografia przestanie być "prawdziwa" a stanie się jakimś pseudo-filozoficznym traktatem o niepoznawalności. Nie można napisać "prawdziwej autobiografii". Koniec. Jesteśmy i pozostaniemy na zawsze beznadziejnie niepoznawalni, skazani na pół-ćwierć-środki, nikt nigdy nie "pozna samego siebie". Nobody is anybody.

środa, 11 sierpnia 2010

Obóz (tytuł roboczy)

1.

Przyszli po mnie kilka minut po północy. Nie walili w drzwi, nie krzyczeli. Po prostu nacisnęli dzwonek, a ja otworzyłem. Dwóch młodych ludzi średniego wzrostu o znudzonych, zmęczonych obliczach. Ich mundury wyglądały na poważnie znoszone, ciemny kolor dawno już się sprał, miały teraz barwę bardziej szarą niż czarną, a na dodatek gdzieniegdzie zalegały na nich jakieś plamy. Może krwi. Może soku z winogron. Stałem przez chwilę w drzwiach z głupim wyrazem twarzy. Nie mogę powiedzieć bym był specjalnie zdziwiony ich przybyciem, ale też w gruncie rzeczy zaskoczyli mnie. O, wiedziałem, że przyjdą, to było jasne. Po prostu nie sądziłem, że dzisiaj. Stałem tak w drzwiach i gapiłem się na nich, a oni leniwym, sennym wzrokiem zerkali na mnie. W końcu jeden z nich ziewnął ostentacyjnie, a drugi kiwnął głową, dając mi znak, że mam udać się z nimi. Nawet mi do głowy nie przyszło protestować, czy prosić o chwilę czasu na zabranie kilku rzeczy. Procedury były jasne i doskonale znane wszystkim. Wyszedłem więc na klatkę schodową, tak jak stałem. Akurat mijała nas wracająca z imprezy para mieszkająca nade mną i dziewczyna na mój widok zachichotała pijackim śmiechem. Nic dziwnego. Ponieważ od wielu lat mieszkałem samotnie, przestałem kompletnie przywiązywać wagę do stroju, w którym kładłem się na spoczynek. Musiałem rzeczywiście wyglądać trochę komicznie w mojej pidżamie w słoniki, bokserkach i wielkich kapciach. Chłopak szepnął coś do dziewczyny i jej śmiech wzmógł się jeszcze bardziej. Minęli nas szybko i po chwili trzasnęły drzwi ich mieszkania. Ostatni to raz miałem widzieć ich twarze, ostatni raz słyszeć jej śmiech, ostatni raz minęliśmy się na klatce schodowej domu, który właśnie opuszczałem na zawsze. Na zewnątrz czekał urzędowy samochód, chyba Opel, co najmniej dziesięcioletni. Nikt nie pofatygował się by otworzyć mi drzwi, sam więc posłusznie wlazłem na tylne siedzenie, które lepiło się od zeschłych wymiocin. Albo krwi. Samochód, o dziwo, ruszył od razu, choć hałasował niemiłosiernie, i pojechaliśmy. W milczeniu. W noc.

opowieści biblijne (1)

Łazarz

Ciemność. Gęsta, brudna ciemność. Gdzieniegdzie małe światełka, jakby ktoś igłą dźgał czarną tkaninę. Jeszcze jedno, większe, światło rozrasta się powoli. Po chwili coś się pojawia, to strach, narasta, groza, więcej, terror. Czyste, nagie przerażenie. To wszystko. W przebłyskach światła zaczyna materializować się jakaś forma. Ciemność ustępuje, z lewej strony wyłania się zarys czegoś. Jest to twarz człowieka w bieli zwanego Chrystusem, ale przerażona istota nie wie o tym, nie wie o niczym, nie rozumie nic. Jej pusty umysł nie potrafi niczego sformułować, wysyła tylko lawinowo kolejne impulsy strachu. Nie ma pojęcia czasu, nie ma pojęcia przestrzeni, nie ma w ogóle pojęcia istnienia. Wokół biednej istoty powoli, w milczeniu gromadzą się ludzie. Właśnie byli świadkami autentycznego cudu. Łazarz powstał z martwych, jego płuca pracują, wdycha tlen, rzuca naokoło obłędne spojrzenia, trzęsie się. Jest to groteskowy widok, niektórzy wybiegają z groty na zewnątrz, ktoś (jest to żona Łazarza) wybucha histerycznym płaczem, ktoś zaczyna się chaotycznie modlić. Człowiek w bieli wyciąga rękę i chce dotknąć skulonego niczym płód Łazarza. Gdy ten czuje na sobie dotyk przerażenie eksploduje w nim. Otwiera usta i zaczyna wściekle kaszleć, z ust sypią się grudki ziemi, w końcu wpada w konwulsje i wymiotuje. Wśród krwawych wymiocin widać kilka robaków. Wreszcie uwalnia się krzyk. Jest to całkowicie pozbawiony sensu bulgotliwy wrzask. Kolejne osoby wybiegają z groty, wzmaga się płacz, na twarzy człowieka w bieli zarysowuje się niepokój. Nakazuje wszystkim wyjść, pochyla się nad Łazarzem i zaczyna modlić. Łazarz milknie i wsłuchuje się w docierające do jego uszu dźwięki. Nic z nich nie rozumie ale ich monotonny ton uspokaja go trochę. Mijają minuty podczas których mózg Łazarza z ogromnym wysiłkiem usiłuje sklecić jakieś malutkie chociażby zręby osobowości. Niemrawe zarysy obrazów, pierwsze kalekie wspomnienia, jakby sen dawno zapomniany powracał niechętnie. Łazarz widzi siebie stojącego na dworzu, coś jest obok niego, teraz jest noc, znów jakaś istota jest przy nim a teraz jej nie ma, jest sam wśród czegoś dziwnego, to... nie wie, nie wie, nie wie... to drzewa, jest w lesie, nie jest, teraz jest w domu i je posiłek, żona... Pojęcia pojawiają się i znikają, Łazarz męczy się, trzęsie, poci. W monotonnym szepcie przy jego uchu zaczynają materializować się słowa. Bóg... łaska... nie rozumie, ale kiedyś rozumiał, było kiedyś, czas... przestrzeń... Życie! Łazarz zrywa się nagle, robi potężny, głęboki wdech, toczy wokół dzikim wzrokiem i traci przytomność.

Na zewnątrz ludzie w posępnym milczeniu wpatrują się w czarną jamę groty. Żona Łazarza łka spazmatycznie. Nikt do niej nie podchodzi, wszyscy starają się na nią nie patrzeć.

Opowiści z Miasta Na Północnym Wybrzeżu (2)

2. Bunkier

Zdarzało się czasem, że ojciec mój usłyszawszy w radiu informację o nadciągającej burzy zabierał mnie i moją młodszą siostrę na znajdujący się na wschodnim kresie Miasta cypel. Były to dziwne, pełne zarazem radości i trwogi, wycieczki. Droga na cypel wiodła bowiem przez las pełen niesamowitych miejsc. Znajdowały się tam przede wszystkim stare instalacje militarne jeszcze sprzed Wielkiej Wojny. Ogromne, niszczejące latami działa kierujące swoje puste lufy w morze, liczne mniejsze lub większe bunkry, stanowiska karabinów maszynowych. Cały las pokryty był też siatką okopów. Kiedy docieraliśmy na skraj lasu deszcz zazwyczaj już padał. Wyskakiwaliśmy z samochodu śmiejąc się i wznosząc ręce ku czarnemu niebu. Podróż na cypel zajmowała nam zazwyczaj dobrze ponad godzinę, choć gdyby ojciec od czasu do czasu nas nie popędzał nie docieralibyśmy tam chyba wcale. Radość lejącej się wody, powiększających się niemal z sekundy na sekundę kałuż, potoczków przemieniających w rwące potoki. Było w tym coś absolutnie niezwykłego. Wśród walących piorunów biegaliśmy wtedy z siostrą skacząc z okopu do okopu i strzelając do siebie niewidzialnymi pociskami wypuszczanymi z kijków możliwie najbardziej przypominających karabiny. Co chwila wykrzykiwaliśmy też jakieś zasłyszane na patriotycznych wiecach hasła wzywające "naszych" do walki a "wroga" do poddania się. Ponieważ jednak żadno z nas nie chciało grać roli Najeźdźców strony konfliktu zawsze pozostawały niejasne. Od czasu do czasu jedno z nas padało teatralnie trafione okrutną kulą i zamierało z twarzą wzniesioną ku niebu. Szalejący deszcz obmywał twarz z błota i miało się nawet poczucie, że jeśli poleży się tak odpowiednio długo, to ciało spokojnie, delikatnie wsiąknie w ziemię i zjednoczy się z glebą. Nie rozłoży jak zwłoki tylko właśnie wsiąknie. W tych wspaniałych chwilach kiedy jedyne co się słyszy to bicie własnego serca, oddech i krople deszczu bębniące w koronach drzew czułem się tak szczęśliwy, że wszystko zaczynało mi obojętnieć. Tylko dzieci i zaawansowani mnisi zdolni są do tak głębokiej medytacji. Żadna myśl nie zakłócała tych doskonałych chwil, tylko deszcz, tylko bijące serce i ziemia. Wiem, że moja siostra czuła podobnie dlatego w takich chwilach zawieraliśmy sojusz i wojna na chwilę zamierała. Tak jakby obie skupione na walce armie nagle w jednej chwili odkrywały jak wspaniały jest świat wokół nich i jak niezwykły jest fakt istnienia. Karabiny wypadają z rąk, działa zamierają, oto wojna rozpływa się w deszczu, skończone. Te momenty powojennej błogości rozpraszał zazwyczaj ojciec, który koniecznie chciał dotrzeć na cypel przed końcem burzy. Choć nie rozumiałem do czego jest mu to potrzebne i choć byłem zawsze trochę zły, że muszę wstawać ruszałem z nim bez gadania. Droga wiodła dalej wśród resztek okopów i zniszczonych bunkrów. W końcu las przerzedzał się i stawaliśmy w trójkę na skraju wielometrowej przepaści patrząc na szalejące morze wsłuchani w walenie fal i bicie piorunów.

nie robimy z tego wcale tajemnicy

Powiem ci jak jest. Widzisz, w celi w której się znajdujesz są tylko jedne drzwi. Wierz mi, możesz iść 100 lat wzdłuż muru i nie znajdziesz nawet obluzowanej cegły a w końcu i tak wrócisz tutaj, do tych drzwi. One są zawsze otwarte. Za nimi jest małe pomieszczenie do którego wleczemy co jakiś czas kogoś z twoich towarzyszy niedoli. Pewnego dnia, może całkiem wkrótce, może za 60 lat, może zaraz zawleczemy tam ciebie. Będziemy cię też torturować, zrobimy ci dziurę w głowie i będziemy ją dźgać starymi gwoździami. Masz to jak w banku. Może jutro, może zaraz, może za kilka dziesięcioleci. Widziałeś tamtego człowieka, który przez chwilą wyszedł z nami przez drzwi? Krzyczał bezmyślnie, rzucał się, miotał, oh musiał być naprawdę przerażony. Mijaliśmy po drodze matki z dziećmi, one najpierw zasłaniały im oczy, potem same je zamykały. Teraz stoją tam i opowiadają im kłamstwa, opowiadają je też sobie nawzajem. Ale wkrótce przyjdziemy i po nie i one też będą błagać, krzyczeć, skomleć w przerażeniu. A ich dzieci, nauczone odpowiednio, odwrócą wzrok, zasłonią uszy i będą kłamać swoim dzieciom i sobie też. Tymczasem nie ma żadnej tajemnicy, chodź zobacz, za drzwiami są jeszcze jedne drzwi a za nimi mgła. Kiedy skończymy cię torturować wrzucimy cię po prostu w tą mgłę. To jest koniec. Dalej nie ma nic. Nie robimy z tego wcale sekretu, otwarcie każdemu wszystko wyjaśniamy, wszystko jest takie jakie jest i nie ma żadnej tajemnicy. Wszystko na widoku, podane jak na talerzu. A teraz pracuj, oglądaj telewizję i rozmnażaj się. O nas się nie martw, przyjdziemy. Będziemy torturować ciebie, twoich rodziców, twoje dzieci. Bądź tego pewien. Pracuj, oglądaj telewizję, rozmnażaj się.

* (tego ranka)

Tego ranka oznajmiono mi że czekasz na mnie za miastem bo musimy ustalić co robić dalej. Miałem dużo pomysłów, pół nocy rozmyślałem. Gdy jednak zorientowałem się że świat ciągle ma kolor łzy która zbyt długo spływała po policzku niczym ociemniały ślimak wszystko co wymyśliłem uciekło jak niezapisany sen. I staliśmy tak całkowicie osobno i nie miałem w ogóle pojęcia gdzie jesteś chociaż czułem że musisz być gdzieś blisko bo przecież twój oddech wiał na mnie i wdychałem go na pewno razem z tlenem i zapachem motyli. A z nieba, błękitnego jak oczy biznesmenów, sypał się cichy szum i mógłbym przysiąc że słyszałem w nim przynaglenie ale nie ruszyłem się bo miłość wciąż spała we mnie skulona głęboko, przykryta brudnym, ciężkim śniegiem który padał bez przerwy całą zimę, wiosnę, lato i jesień. Ktoś wreszcie powiedział, że czas wracać i rzeczywiście wróciliśmy. W głowie ciężkie buciory rozgniatały zbędną serotoninę.

Opowiści z Miasta Na Północnym Wybrzeżu

1. 12 (roboczy tytuł)

Położone na północnym wybrzeżu miasto było moim domem przez pierwsze 25 lat mojego życia. Urodziłem się w tamtejszym szpitalu jeszcze za czasów Dyktatury. Matka moja rzadko wspominała ten rok, ciąża podobno była bardzo ciężka i z powodu fatalnego stanu opieki medycznej omal nie przypłaciła jej życiem. Blok na którego trzecim i ostatnim piętrze mieszkaliśmy był ponurym klocem z czerwonej cegły któremu mieszkańcy na próżno starali się nadać milszy nastrój stawiając w oknach kolorowe kwiaty. Kwiaty zawsze w końcu szarzały i umierały mimo najpilniejszych starań mieszkańców. Z okna mojego pokoju rozciągał się widok na skwer na którym za dnia bawiły się dzieci a nocami przesiadywali dorośli pijąc piwo i klnąc od czasu do czasu. Dalej widok blokował rząd wielopiętrowych betonowych bloków typowych dla budownictwa okresu Dyktatury.

------------

Zasadniczo ma być to seria opowiadań w których zamierzam wykoślawiać różne wydarzenia z mojego życia i tworzyć z nich skromne horrory egzystencjalne tyle że będzie to powstawać bardzo powoli ale mam nadzieje że konsekwentnie

Choroba (tytuł roboczy)

1.

W autobusie naprzeciwko mnie siedzi stara kobieta. Jak zawsze w takich sytuacjach z początku przypatruję się jej okiem badacza oglądającego dziwnego, wielkiego insekta. Jak zawsze musi minąć kilka chwil, nerwowych, pełnych tej specyficznej grozy kiedy nagle w znajomym już środowisku natykasz się na jakiś niepasujący element. Te chwile muszą minąć i dopiero wtedy wstrętny, obcy insekt przemieni się znów w człowieka. Ulga będzie jednak tylko chwilowa, może nawet nie będzie jej wcale. Bo może lepiej myśleć o tej istocie jako o przedstawicielu zupełnie obcego gatunku, nie mającego nic wspólnego z ludźmi, ze mną? Tymczasem wiem już, że to jednak człowiek, ot po prostu w tej dziwacznej, obrzydliwej fazie zwanej "starością". Jak poczwarka, która zamiast przepoczwarzać się do życia dokonuje metamorfozy ku śmierci. Takich ludzi na świecie są miliony, setki milionów. Ci ludzie tak samo jak ja, tak samo jak ja, byli kiedyś inni, nawet młodzi, nawet podobno, choć jest to bardzo trudne do zaakceptowania, byli kiedyś dziećmi, niemowlakami a jeszcze wcześniej unosili się w czyiś wodach płodowych, zupełnie nowi, czyści. I ta ohydna stara kobieta, nerwowo przerzucająca strony jakiegoś czasopisma wydawanego specjalnie dla przedstawicieli jej "klasy" też kiedyś była młoda, bardzo młoda. Inna. Znacznie łatwiej byłoby myśleć o niej jak o przedstawicielu zupełnie odmiennego gatunku i nie mieć nic wspólnego z tym pokracznym, zdegenerowanym bytem w fazie terminalnej. "Faza terminalna". Przypominam sobie, że dziś znów rozmowa z Grossem dotyczyć będzie jego zmarłej przed trzema dniami matki. Matka Grossa umierała powoli przez dwa długie tygodnie podczas których Gross odchodził od niej jedynie do toalety. Przez cały czas tego okropnego konania uważnie obserwował matkę jednocześnie dokładnie analizując uczucia które pojawiały się w nim.

Podróż Douglasa

4.

Głosy Umarłych

- Nigdy nie zgadniesz co dziś przyniosłem. - Powiedział powstrzymując śmiech. Zawiniątko schował za plecami. Douglas był jednak zbyt zajęty precyzyjnym zamykaniem Portalu by zgadywać.
- Chwila...
Gordon padł na stojącą w pobliżu kanapę wzbijając w powietrze tumany kurzu i nerwowo przebierał nogami.
- To coś wyjątkowo specjalnego, coś naprawdę specjalnego.
Douglas uśmiechnął się pod nosem. Zawsze było tak samo. Nawet jeśli przynosił tylko strzępek starej gazety czy resztki jakiejś padliny był jednakowo z siebie zadowolony. Wszystko miało w przyszłości okazać się ważne, wszystko było częścią ogromnej, dziwacznej układanki. Portal został zamknięty, Kwatera zabezpieczona.
- Pokaż. - Douglas stał teraz nad Gordonem, który cały czas trzymał pakunek za plecami i uśmiechał się łobuzersko.
- Spokojnie. Powoli. - Odrzekł, choć było widać, że go roznosi. - Nie spytasz nawet "co słychać"?
- Co słychać Gordon? - Powiedział od niechcenia Douglas jednocześnie skacząc wokół kanapy i usiłując zerknąć za plecy siedzącego przyjaciela.
- Głosy.
To była dziwna odpowiedź. Douglas zatrzymał się i spojrzał na niego uważnie.
- Jakie głosy?
- Umarłych.
Gordon zrobił nagle śmiertelnie poważną minę i spojrzał z dołu na Douglasa swoimi wielkimi, szklistymi oczyma. Przekrzywił głowę i pokiwał nią by podkreślić wagę swojej wypowiedzi. Potem w milczeniu wyciągnął zza pleców pakunek i podał go Douglasowi. Było to niewielkie prostokątne pudełko. Douglas przez chwilę ważył je w dłoniach. Gordon znowu się uśmiechał, zerwał się z kanapy i przywarł do swego towarzysza.
- Otwórz, otwórz!
Z nabożną czcią, oddychając głęboko Douglas otworzył tajemnicze pudełko. W środku na kawałku ochronnej gąbki leżał dziwny, prostokątny przedmiot.
- Wyjmij, wyjmij! - Krzyczał Gordon biegając wokół Douglasa zadowolony.
Ostrożnie, powoli, chwytając jedynie lekko za przeciwległe boki Douglas wydobył przedmiot z pudełka i zaczął przyglądać mu się uważnie. Nigdy wcześniej nie widział czegoś takiego. Był to jakby kawałek cienkiego, ciemnego zwoju nawinięty na dwie ząbkowane szpule. Oprócz tego przedmiot był praktycznie przeźroczysty. W rogu naniesiona była cyfra "60".
- Człowiek od którego to uzyskałem, nie pytaj kim był, powiedział, wyobraź sobie, powiedział mi że są na tym zapisane głosy umarłych. - Zaczął tłumaczyć Gordon.
- Na tym zwoju?
- Tak, tak, na zwoju.
Douglas przyjrzał się uważnie. Żadnych liter, symboli, nic.
- Tak dokładnie powiedział? Głosy?
- Tak, tak, głosy.
Dziwny język. Zapisywać "głosy". Do tego "umarłych". Umarłych...
- Powiedział jakich umarłych?
- Mędrców, magów, szamanów. Na co komu głosy umarłych wieśniaków czy innych księgowych?

* (na zdjęciu)

Na zdjęciu obejmuję cię i stoimy wpatrzeni gdzieś w Bóg wie co a twarze nasze wykrzywione są w czymś co zapewne jest radosnym uśmiechem. I tylko tak może być, tylko na zdjęciu mogę cię objąć i możemy spojrzeć gdzieś w dal i śmiać się beztrosko. Dwuwymiarowa kartka papieru to jedyne miejsce gdzie możemy być razem, gdzie jesteśmy razem, gdzie kiedykolwiek byliśmy razem. Bo poza nią wiem doskonale, że nigdy, przenigdy nawet cię nie dotknąłem. Gdy się zbliżałem było jasne, że twoja forma rozpada się, że znów wymkniesz mi się między palcami, że przelejesz się delikatnie, powoli, nieuchronnie. Było tak wiele razy, będzie tak zawsze. Na zdjęciu widzę wyraźnie, że obejmuję cię i że patrzymy w dal uśmiechając się bo kto wie, być może nasze umysły są spokojne i wolne od jakiegokolwiek lęku. Dzieje się to jednak na zdjęciu i tylko tam, bo tylko w tej przestrzeni nie ma choroby, śmierci, szaleństwa a forma jest jasna i na zawsze utrwalona. Tymczasem wiem, że w rzeczywistości nigdy cię nawet nie widziałem bo twoja twarz nie jest twoją twarzą, twoje ciało nie jest twoim ciałem, twój głos nie jest twoim głosem i nie ma ciebie w ogóle i mnie nie ma przecież. W tej pustce nie do ogarnięcia nigdy się nie spotkamy. Spotkaliśmy się tylko na zdjęciu i tylko tam patrzyliśmy w dal z uśmiechem. Tutaj, w tej beznadziejnie pustej przestrzeni niemożliwej do zapełniania, minęliśmy się znów o lata świetlne chociaż zdawało mi się, że siedzisz tuż obok mnie i że wystarczy wyciągnąć rękę i będziesz tam ale nigdy cię tam nie było. Nigdy nie było też mnie i nieważne jak wiele razy wyciągnę rękę zawsze przetnę nią jedynie pustą przestrzeń między nami. Tylko na zdjęciu może być inaczej, możemy objęci patrzeć przed siebie i uśmiechać się. Chyba że to też nieprawda i to zupełnie ktoś inny bo jak teraz patrzę to przecież wcale nie ja tam stoję i nie ty tam stoisz i to wcale nie my śmiejemy się patrząc na Bóg wie co tylko ktoś inny, obcy, całkowicie, rozpaczliwie obcy.